Japońskie początki

Niedawno stuknęły nam w Japonii cztery miesiące. Jak to się mówi, „rychło w czas”, bo rodzicom i znajomym wysłaliśmy może 5 zdjęć, postanowiliśmy podzielić się z Wami tym wszystkim (z umiarem oczywiście), co tu przeżywamy. Dlaczego z umiarem? Prowadzenie bloga to będzie dla nas duże wyzwanie, biorąc pod uwagę to, że jesteśmy raczej ludźmi ceniącymi swoją prywatność i tego, co się u nas dzieje za bardzo nie uświadczycie w Internecie. Przede wszystkim chcielibyśmy się z Wami dzielić rysunkami, fotografiami, ciekawymi (albo i nie) przemyśleniami i informacjami praktycznymi na temat Japonii i innych krajów, które odwiedziliśmy. Także jeśli spodziewaliście się szczegółów z naszego związku czy życia – niestety rozczarujemy Was już na wstępie 😀

Zaczynamy!

Co robimy w Japonii?

Po naszym drugim kilkutygodniowym wyjeździe stwierdziliśmy, że to za mało czasu na dogłębne poznanie danego kraju i kultury. Postanowiliśmy więc wpaść na to, jak kilkumiesięczne podróże połączyć z zarabianiem. Co mogliśmy zrobić, żeby będąc w podróży nie tylko nie wydawać oszczędności z Polski, a wręcz zarabiać i wychodzić na plus? Do Japonii przyjechaliśmy na płatne praktyki. Staraliśmy się o nie przeszło rok – od lipca 2014. Czasem wydawało się, że nic z tego nie wyjdzie, bo do dostania pracy w Japonii potrzebny był japoński/wietnamski/mandaryński/w ogóle nam nie odpisywano. My jednak robiliśmy swoje i przez długie miesiące aplikowaliśmy wciąż, dalej i dalej, do kilkudziesięciu czy nawet setek różnych miejsc, na totalnie różne stanowiska. Aż w końcu udało się. W momencie, gdy zrezygnowaliśmy z Japonii i zdecydowaliśmy się na Tunezję (listopad 2014) Bartek dostał maila, że szukają polskiego grafika w japońskiej agencji reklamowej, start: wrzesień 2015. Przeszedł kilka rozmów, pokazał portfolio i się dostał. W czerwcu 2015 i mi się udało, zostałam przyjęta do japońskiej firmy zajmującej się inżynierią produkcji.

Od dawna wiedzieliśmy, że nie lubimy krótkich wypadów, polegających na odhaczeniu jak największej ilości miejsc i zbyt prowizorycznym zwiedzaniu. Z takich podróży, oczywiście, też można coś wynieść, czegoś się nauczyć i może nawet przez to, że jest krótkotrwała – bardziej docenić. Ale my jesteśmy bardziej typem obserwatorów, wolimy żyć jakiś czas w danym miejscu, poznać je od podszewki. Oczywiście, powiecie, nigdy się to do końca nie uda, bo zawsze będziemy obcymi. To prawda, zwłaszcza w Japonii to słowo nabiera mocnego wydźwięku: Gaijin (外人, czyt. gajdzin). Dla Japończyków będziesz zawsze gaijinem, nawet jeśli Japonia jest twoim domem, mówisz po japońsku, wiesz o tym kraju wszystko. Nigdy więc nie będziesz Japończykiem, jaka szkoda… Ale nie przejmuj się. Może to i lepiej.

Po czterech miesiącach, prawie pięciu, wydaje nam się, że całkiem nieźle znamy ten kraj. I, no cóż, nie jest tak różowo, jak na początku nam się wydawało. Poznaliśmy funkcjonowanie tej, niesamowicie fascynującej kraje zachodnie, japońskiej codzienności, zrównoważonej, spokojnej i cichej – opartej na filozofii zen, codzienności, w której wszystko – i każdy – ma swoje idealnie rozplanowane miejsce. Codzienności, w której przeplatają się co najmniej dwie kultury: poważni, pracujący, smutni i przy tym wyglądający tak samo panowie – sararimeni (z ang. salary man) i słodkie, kawaii, hello kitty dziewczynki – modulujące swój głos tak, aby był jak najbardziej dziecięcy, uprzejmy i piskliwy.

Przechodząc do konkretów…

Zaczęliśmy więc na początku września. Dwoma samolotami – pierwszym, startującym z rodzinnego Gdańska i lądującym w Helsinkach i drugim, po pięciogodzinnym oczekiwaniu, prosto do Osaki – mieliśmy znaleźć się na drugim końcu świata. Tak o, już, nagle. Na lotnisku w Helsinkach przyszła wiadomość od Japończyków z organizacji, dzięki której zdobyliśmy praktyki (której też, hm, należy się zupełnie osobny wpis), że jednak nie mamy mieszkania. Coś nie wyszło z ubezpieczeniem i przez pierwsze dni, zanim znajdziemy nowe, będziemy musieli mieszkać w hotelu. Pomysł wydał nam się nieco absurdalny, ale odebraliśmy to jako ciekawostkę kulturową i postanowiliśmy czekać, co będzie dalej.

Nieco egzotycznie swoje pierwsze spotkanie z Japonią opisała Joanna Bator w „Japońskim wachlarzu”. Pisała konkretnie, że już od samego lotniska nie dało się uciec od jej „gaijinowatości” – nagle czuła, że jest ofiarą przypadkowych spojrzeń, szybko uciekających w momencie, gdy zostały złapane; że jej fizyczność nabrała totalnie innego wymiaru – z drobnej, jak na europejskie standardy kobiety, zmieniła się w wysoką i postawną, górującą nad większością mężczyzn, rozpychającą się i zupełnie niepasującą do Japończyków o drobnych i ładnie wpasowanych w przestrzeń ciałach.

My natomiast nie mieliśmy takich odczuć – przynajmniej jeszcze nie wtedy, podczas pierwszego spotkania. Japończycy – nie da się zaprzeczyć – są drobni, ale ja, jako również – drobna i nie za wysoka, raczej nie czułam się zbyt „wystająca”. Nie czuliśmy też na sobie ciekawskich spojrzeń. Wręcz przeciwnie, Japonki siedzące obok w samolocie, wydawały się być totalnie niezainteresowane – zarówno lotem, jak i nami; tak bardzo, że przez całe osiem godzin lotu nie posłały nam nawet jednego spojrzenia. Być może dlatego, iż w ciągu pierwszych 20 minut postanowiły uroczo zasnąć z otwartymi buziami i budzić się tylko na posiłki. Jednak, jeśli chodzi o te spojrzenia – wtedy ich nie czuliśmy, bo, o czym mieliśmy się dowiedzieć niebawem, oni są mistrzami dyskrecji. Japończycy zawsze, udając, że nie patrzą – bo to przejaw niegrzeczności w ich kulturze – po cichu obserwować będą gaijina i wyłapywać jego niestosowne gesty, zbyt gwałtowne ruchy, czy zbyt głośne – dla nich – zachowania. Już pierwszego dnia mieliśmy się przekonać o tym, że japońskie uczennice w plisowanych spódniczkach będą, z typowym dla siebie gestem zakrycia ręką ust, chichotać między sobą, uciekając szybko wzrokiem. Chyba dla nich też jesteśmy egzotyczni. Tak i jak dla Chińczyków czy Koreańczyków – z tą różnicą, że ci wprost to przyznają i podbiegają zrobić sobie z takim ufokiem z Polski zdjęcie. U Japończyków zdarza się to piekielnie rzadko. Tylko, gdy są 1) pod wpływem sake i pozwalają sobie na więcej w piątkowy wieczór, 2) dziećmi – do pewnego momentu, bo później już życie i japońskie normy społeczne weryfikują niestosowne zachowania, 3) w dużej grupie stojącej gdzieś pod centrum handlowym i mają czas obmyśleć wspólnie, jak to powiedzieć po angielsku.

W samolocie niestety trafiliśmy na miejsca na samym środku. Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, iż siedzący przy oknach Japończycy po prostu je zasłaniali i szli spać. No przecież, czym dla tak pragmatycznych ludzi jest lot przez cały świat. Z tego powodu zdjęć Japonii z góry póki co nie będzie (ale możecie się ich spodziewać razem z notką o moim samotnym locie do Korei).

Kolejną kwestią, w której nie możemy zgodzić się z Joanną Bator – że przeciętnemu Europejczykowi łatwiej odróżnić trzy japońskie samochody na parkingu niż trzech wczoraj poznanych Japończyków. Jak bardzo niepoprawnie to zabrzmi, też myślałam, że będę miała z tym problem, bo Japończycy właściwie wszyscy wydawali mi się podobni. Plus fakt, iż nie mam w ogóle pamięci do twarzy, mam problem z przypomnieniem sobie najprostszych szczegółów i nie mam pojęcia, jak ubrana była widziana pięć minut temu koleżanka… Nie przeżyję w tym kraju! A tu niespodzianka. Potrafię, nie dość, że zapamiętać japońskie twarze, to też rozpoznać wśród żółtoskórych Japończyka, Chińczyka i Koreańczyka!;)

Lot nad Azją, a właściwie w głównej mierze nad Rosją, można porównać nieco do wyścigu z czasem. Wyścig – my vs. nadchodząca nad Europę noc. Błyskawicznie dogoniliśmy zachód słońca, który później przeszedł w wieczór i noc, a po kilku godzinach lotu wschód słońca i nowy dzień.

Zdaję sobie sprawę, że Japonia nie jest raczej popularnym kierunkiem turystycznym, bo wciąż wydaje się być zbyt droga (ale to nie do końca prawda, o tym też będzie osobny wpis), nie było do niej (ale już są!) bezpośrednich lotów z Polski, no i wciąż – nie znajduje się na stałym lądzie, tylko jest wyspą. Swoją drogą, Nihon (日本) – oznacza w dosłownym tłumaczeniu z chińskich znaczków „podstawę, źródło Słońca”, bo to właśnie nad Japonią obserwowali je wschodzące każdego dnia Chińczycy. A my właśnie do tego miejsca, gdzie wschodzi Słońce, lecieliśmy. I to nie na tydzień, lecz na pół roku. Uwierzyliśmy w to chyba dopiero po wylądowaniu, przejściu kontroli imigracyjnej i będąc otoczonymi przez japońskie krzaczki i – na szczęście – czasem kawaii rysuneczki do nich, przez co mogliśmy się przynajmniej starać domyśleć o co chodzi. Żeby nie było – przed wyjazdem uczyliśmy się jakiś czas japońskiego, ale bardziej skupiliśmy się na mówieniu, naukę hiragany i katakany pozostawiając sobie na później, bo fajnie jest chodząc po mieście widzieć, że rozszyfrowywanie krzaczków idzie coraz łatwiej.

Na lotnisku czekali na nas nasi japońscy „opiekunowie”, Shiho i Motoki (swoją drogą, młodsi od nas o 7 lat). Pierwszą wycieczką, jaką odbyliśmy, prosto z lotniska – była wycieczka do agencji nieruchomości w celu ogarnięcia dla nas mieszkania. Dziwne, ale jetlagu w ogóle nie doświadczyliśmy. Wtedy też nastąpiło pierwsze zetknięcie z japońskimi pociągami, o których krążą legendy. Oprócz tego, że są superszybkie, superpunktualne, super-wszystko, to panuje w nich też cudowna cisza. Pierwsze wrażenie odnośnie japońskich miast, patrząc na nie z okna pociągu? Po pierwsze: na ulicach pustki, czasem jeden osobnik przejeżdżający na rowerze. Po drugie: sam beton – ale w jakiej ładnej formie. Wszystko malutkie, uporządkowane, przed domami miniaturowe ale perfekcyjnie zadbane ogródki, a odległości między domami tak minimalne, że ciężko uwierzyć, żeby zmieściło się tam pięć osób. A Japończyk zaraz ci tam wybuduje dom, sklepik i parking dla rowerów.





Po dotarciu do agencji nieruchomości, okazało się, że decydując się na mieszkanie, z którym wynikł problem, bylibyśmy związani umową na pół roku, a my po dwóch miesiącach planowaliśmy przeprowadzkę do Kioto. Wybraliśmy więc inne, ale dostępne dopiero od niedzieli, musieliśmy więc znaleźć sobie nocleg na te 3 noce. Nasi japońscy znajomi nareszcie zaczęli mówić sensownie i zaproponowali, że możemy spać przez ten czas u ich znajomego w Kioto. Wcześniej jednak wybraliśmy się z pierwszą wizytą na dworzec główny w Osace. To właśnie z Japonii przybyło do nas modne obecnie w Europie łączenie dworców wraz z galeriami handlowymi, a w Osace znajduje się jeden z większych tego typu dworców na świecie. Straszny kolos, a co dziwne – przy tym nowoczesny w pozytywnym tego słowa znaczeniu, funkcjonalny i całkiem ładny. Po czterech miesiącach wciąż się na nim gubimy, więc wyobraźcie sobie jego rozmiary (chociaż w moim przypadku to nic dziwnego z tym gubieniem).




Reszta dnia minęła nam na przeczesywaniu japońskich kombini (convenience store’ów) w poszukiwaniu jadła. Pierwszego dnia odkryliśmy onigiri (kuleczki, a raczej trójkąty ryżowe zawinięte w wodorosty nori), słodycze z zieloną herbatą i różne smaki Kitkata. O kuchni japońskiej niedługo więcej, bo jest o czym pisać. A poniżej jedyne zdjęcie z Kioto, które udało mi się zrobić pierwszego dnia. Widok na Kamogawę – Kaczą Rzekę. Kolejne dni będą wypełnione zwiedzaniem tego najbardziej tradycyjnego japońskiego miasta, dawnej stolicy. Bądźcie z nami!:)

Dodaj komentarz