Świat kwiatów i wierzb – gejsza i karaoke

PP_Gejsza_Watercolor-01mnn

Przez kilka dni mieszkaliśmy w Kioto, które zauroczyło nas od pierwszego wejrzenia. Jest to miasto totalnie odmienne od wszystkich, które widzieliśmy do tej pory. Dawna stolica (przez ponad tysiąc lat), uważana za najpiękniejsze miasto Japonii, a nawet (niegdyś?) świata. Miasto tak wyjątkowe, że Amerykanie podczas II wojny światowej postanowili skreślić je z listy potencjalnych miast-celów na zrzucenie bomby atomowej. Mimo to, powojenna modernizacja-betonizacja sprawiła, że tysiące tradycyjnych, wspaniałych drewnianych domów w japońskim stylu zostało zburzonych na rzecz nowoczesnych bloczysk (wciąż nie takich jednak naprawdę wysokich i ociekających brzydotą jakby porównywać z niektórymi miastami Europy). I to prawda – centrum Kioto oraz okolice dworca nie zachęcają i pierwsze wrażenie przyjeżdżających do niego turystów niekoniecznie jest superpozytywne, a wręcz rozczarowujące, porównując do tego, co się widziało wcześniej na zdjęciach. Ale tylko przez pierwsze dziesięć minut. Kioto otoczone jest z trzech stron górami i to właśnie te rejony kryją najwięcej niesamowitości. Ale w centrum także znaleźć można wiele drewnianych, tradycyjnych uliczek, ogrodów, świątyń. Żeby Wam przybliżyć znaczenie Kioto – aż 17 jego zabytków wpisanych jest na listę UNESCO, jest kulturalną stolicą całego kraju, stamtąd wywodzi się japoński teatr i taniec, ceremonia herbaciana, ikebana (sztuka układania kwiatów), jest w nim prawie 2 tysiące świątyń… Mimo tego, że to Tokio jest obecną stolicą Japonii, to prawdziwą, najbardziej tradycyjną i najpiękniejszą Japonię odzwierciedla właśnie Kioto.

IMG_5168aaa-podwojnepp

Drugiego dnia pobytu umówiliśmy się na wspólne zwiedzanie z Shiho oraz Asuką – Japonką poznaną kilka miesięcy wcześniej podczas jednej z moich rozmów kwalifikacyjnych na Skype. Od słowa do słowa okazało się, że mamy podobny gust muzyczny i pisałyśmy co jakiś czas ze sobą, ustalając, że jak już będę w Japonii koniecznie idziemy na karaoke! No to jestem. Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy, był Gion – słynna dzielnica gejsz. To w Gion w dawnych latach znajdowało się najwięcej okiya, czyli domów dla gejsz, oraz herbaciarni, w których pracowały. Podobno trzeba mieć szczęście, żeby zobaczyć jeszcze prawdziwą gejszę – bo w całej Japonii zostało ich już tylko ok. 2 tysięcy, choć największe szanse na to są właśnie w Gion. Niektórzy przyjeżdżają do Kioto po kilka, kilkanaście razy i nie udaje im się. Podobno największe prawdopodobieństwo jest ok. godziny 17:00 i północy – bo wtedy przychodzą do pracy i z niej wychodzą. Po spędzeniu w tej dzielnicy jakichś… trzech minut i nawet nie licząc na takie szczęście, tylko spacerując, naszym oczom ukazała się gejsza. I nie jakaś przebierana, jakich też sporo, ale prawdziwa. No po prostu jabandżi-fart (yabanci – słowo pochodzi z języka tureckiego i oznacza „obcokrajowca”, ale nacechowane jest dość pejoratywnie. Jabandżi, po pobycie w Turcji, stało się jednym z naszych ulubionych słów, bo genialnie oddaje głębię bycia głupim obcokrajowcem, który daje się na każdym kroku nieświadomie orżnąć). Co prawda nie daliśmy się orżnąć (w Japonii nikt by nawet nie próbował), ale zobaczenie gejszy w ciągu pierwszych minut zwiedzania było w naszym przypadku szczęściem głupich, nieświadomych obcokrajowców. Później zdarzyło się to jeszcze tylko raz – widzieliśmy ją wychodzącą z bramy herbaciarni i wsiadającą do taksówki. Całe 5 sekund.

IMG_5175bbb-maleeeee
img_5178aasaa-male

Świat gejsz w Japonii nazywany jest światem kwiatów i wierzb. Kwiaty – symbolizujące zmysłowość i piękno, wierzby – siłę i giętkość. Gdy profesja ta zaczęła się rozwijać w XVIII w., pierwszymi gejszami byli mężczyźni. Szybko się to jednak zmieniło i kobiety wyparły kolegów po fachu. W tym momencie gejsza jest już tylko (dla Japończyków!) anachronizmem i od pewnego czasu promuje się role gejsz jako tancerek, mistrzyń w grze na instrumentach, ekspertek od ceremonii herbacianej, powoli zapominając o ich drugiej profesji, choć – wbrew temu, jak widzi je Zachód – nie najistotniejszej. Dla typowego obcokrajowca wciąż są, nie ukrywajmy, szalenie fascynujące i wielu potrafi spędzać w Gionie po kilkanaście godzin, wyczekując z aparatem. Co więcej, niektórzy są w stanie płacić 50 tys. jenów (~500 dolarów) za tzw. „wieczorek z gejszą”, podczas którego przez dwie godziny spędzone razem w herbaciarni starsze panie umilają czas śpiewem, tradycyjnym tańcem a nawet grą w papier-nożyce-kamień. Może nie starajmy się wyobrazić sobie, ile kosztowałaby przyjemność innego rodzaju.

W zasadzie w tym wpisie stosuję duże uproszczenie, bo w Kioto lepiej nie używać nazwy gejsza – w tym mieście oznacza ona mężczyznę do towarzystwa przebranego za kobietę. W Kioto obowiązują nazwy: maiko i geiko. Maiko oznacza uczennicę, przygotowującą się do zawodu, a geiko – samodzielną, dorosłą gejszę. Maiko zaczyna karierę w wieku ok. 16 lat, można ją rozpoznać zazwyczaj po kwiatach i innych dekoracjach we włosach oraz długim, swobodnie zwisającym z tyłu pasie do kimona obi. W wieku 21 lat może awansować na geiko i nosić ozdobne kimono.

Następnie wybraliśmy się do świątyni szintoistycznej Yasaka. Różne części świątyni przeznaczone są do modlitw w różnych intencjach. My akurat podglądaliśmy Japonki modlące się o znalezienie prawdziwej miłości. Serduszka, które widzicie poniżej, to drewniane tabliczki noszące nazwę ema, które kupuje się w świątyniach w celu zapisywania swoich miłosnych próśb i wieszania ich na specjalnych stelażach na terenie świątyni – jak wierzą Japończycy, ema są dzięki temu bliżej bóstw, które teraz mogą przeczytać i zacząć spełnianie zapisanych na nich życzeń.

img_5224aaa-podwojnee
IMG_5212a-maleef
IMG_5229aamalepppp

IMG_5242bbb-male

Po wizycie w świątyni nadszedł czas, na obiecane Asuce karaoke. Okazało się, że cierpiąc z powodu braku znajomych słuchających tej samej muzyki co ona, często przychodzi na karaoke samotnie, wykupuje najdłuższy możliwy, nocny pakiet i spędza tam 8 godzin, śpiewając sama ze sobą i do siebie. Oczywiście piosenki z repertuaru Oasis. Jak wygląda japońskie karaoke? Przede wszystkim da się je rozpoznać z daleka, najpopularniejsze karaoke ma w logo buźkę, która kojarzy mi się z klaunem. Budynek ma zazwyczaj kilka pięter. Pierwsze co, zamawia się odpowiedniej wielkości prywatny dźwiękoszczelny pokoik. Nas była piątka, dlatego pokoik był mały i ciasny (choć to norma jak na tutejsze standardy). W cenie zazwyczaj są napoje niegazowane. W pokoiku znajduje się stół, kanapa i telewizor. Dostaliśmy też na życzenie np. tamburyna. Jeżeli chodzi o piosenki – wybór jest ogromny. Praktycznie wszystko, co przyszło nam na myśl, było dostępne. Podczas śpiewania na ekranie wyświetlają się kiczowate i totalnie niepowiązane wizualizacje, tj. drzewa, morze, Nowy Jork. Czy jest drogo? No tak jakby, jest. Zazwyczaj na głowę w okolicach 10-15 dolarów za godzinę. Najlepsze w tym wszystkim jednak jest to, że każdy śpiewa sam, nie ma więc jak w Polsce wyjących grupek, gdzie wszystkie głosy się mieszają i ostatecznie nie słychać żadnego. No i cóż, u nas zazwyczaj nikt nie chce śpiewać sam, bo się wstydzi. A Japończycy nie? Dziwne, biorąc pod uwagę, że to naród ludzi szalenie zdystansowanych i nieśmiałych, prawda? A wynika to z japońskiej zasady doryoku, która oznacza po prostu wysiłek. Dla Japończyków najważniejsze są starania. Rzadko używane jest to słowo „talent”, a praktycznie wszystko sprowadza się do tego wysiłku – wszystko jest do osiągnięcia, w zależności od stopnia włożonych w to starań. Nikt cię w Japonii nie wyśmieje jeśli nie umiesz śpiewać, a im bardziej będziesz się starał naśladować daną gwiazdę, tym większe na koniec dostaniesz oklaski.

IMG_5295a-male

No i super. Pośpiewalim, popilim i poszlim do domu. Już wtedy przekonaliśmy się, że z Japończykami imprezować się nie da, bo kończą oni imprezę maksymalnie o 23:30. Pewnie duży wpływ na to mają też pociągi, które nie kursują od północy do 5 rano (nie ma tego włóczenia się po nocy!). W Polsce nawet gdyby nie było nocnych busów czy pociągów, ludzie bez problemu poradziliby sobie; spontaniczność dla Europejczyków to nie problem. Ale Japończycy – muszą biec na ostatnie metro, żeby wrócić do domu i iść spać. I wstać wcześnie rano i w tygodniu iść do pracy, a w weekendy jeździć na zwiedzanie tam gdzie wszyscy, żeby postać godzinami w kolejce do najważniejszych zabytków. A jak słońce tylko zajdzie, iść jeść, a później wracać do domu, zostawiając tylko dla nas magiczne, ciche, puste uliczki, bez żywej duszy czy ciemne parki w centrum miasta z jedną latarnią na 100 metrów. W kolejnej notce jeszcze więcej Kioto, do napisania!
img_5287aa-pollpp
img_5320a-male

img_5272aaaa-malef

Dodaj komentarz